
Mikrofirmy nie zamykają się dlatego, że ktoś „za mało się starał”, „za dużo narzeka” albo „nie umiał prowadzić biznesu”. Zamykają się wtedy, kiedy kończy się tlen. A w mikrofirmie tlenem jest płynność. Nie wizja, nie motywacja, nie nawet pomysł. Płynność.
W mikrofirmie da się przykręcić prawie wszystko. Biuro przenieść do domu. Reklamę uciąć. Subskrypcje skasować. Zakupy ograniczyć. Inwestycje odłożyć. Urlop przesunąć na „kiedyś”.
Tego jednego nie da się przykręcić: państwowego minimum, które wpada co miesiąc jak rachunek za prąd. Tylko że prąd da się zużyć mniej. To minimum nie ma trybu „zużywam mniej”, „mam słabszy miesiąc”, „klient nie zapłacił”, „rynek siadł”.
To działa jak abonament na prawo do istnienia w roli przedsiębiorcy.
„Można było odkładać” jest argumentem z wygodnego świata, w którym pieniądze wpływają równo, co miesiąc, jak pensja. Mikrofirmy tak nie działają. Mikrofirmy żyją falami.
Jest miesiąc dobry. Wchodzi kilka zleceń. Człowiek pracuje po nocach, zrywa weekendy, ciągnie wszystko na własnych barkach. I zanim poczuje ulgę, pieniądze już mają nazwę: zaległe rachunki, poduszka po słabszym okresie, raty, zobowiązania, faktury do opłacenia i zwykłe życie.
A potem przychodzi miesiąc gorszy. Mniej telefonów, mniej zapytań, mniej klientów. Albo ten jeden większy klient „zawiesza decyzję”. Albo płaci po terminie. I w mikrofirmie to nie jest „mała przeszkoda”. To jest przesunięcie całej konstrukcji o kilka centymetrów – a ona już stoi na granicy.
Wtedy „odkładaj” przestaje być poradą. Staje się szyderstwem. Bo odkłada się z nadwyżki, a nadwyżkę zjada abonament stałych danin.
W dołku system nie działa jak amortyzator. W dołku system działa jak walec. To jest powód, dla którego mikrofirmy mówią „ZUS mnie zabija”. Nie dlatego, że ktoś „nie chce płacić”. Tylko dlatego, że w mikrofirmie rynek bywa zmienny, a państwowe minimum jest stałe. Miesiąc bez przychodu nie jest dla systemu żadnym argumentem. Płacisz.
To zdanie brzmi jak ulga. W praktyce bardzo często opisuje ludzi, którzy już są pod wodą. Jeśli dochód spada do poziomu, przy którym i tak nie da się normalnie żyć, „mniej” nie oznacza „lżej”. Oznacza, że zaczyna się dokładanie do interesu.
I tu jest przekręt narracyjny: mówi się o „niższej składce” w kontekście tych, którzy i tak nie przetrwają, bo minimalne daniny zabierają im możliwość oddychania. Potem ci ludzie znikają. Zawieszenie. Zamknięcie. Etat. Kombinowanie. Czasem dług. Czasem wszystko naraz.
A w debacie zostaje hasło: „widzisz, płacił mniej”. Nie. On płacił minimum mimo tego, że nie miał z czego.
To jest kolejna rzecz, która wkurza mikroprzedsiębiorców najbardziej: ludzie z zewnątrz patrzą na przychód i myślą, że to „zarobek”. „Wystawiłeś fakturę na 10 000? No to chyba nie jest źle.”
Tylko że mikrofirmy często mają koszty. Czasem 40%. Czasem 70%. W handlu marża bywa tak cienka, że obrót wygląda świetnie, a w kieszeni zostaje powietrze. Firma „sprzedaje”, pracuje, dowozi, a po daninach zostają kwoty, które nie starczają na normalne życie. Nie dlatego, że „źle prowadzi”. Tylko dlatego, że konstrukcja obciążeń nie wybacza dołków.
Poniższe liczby pokazują mechanikę obciążeń. To wyliczenia na poziomie „rdzenia” (ZUS społeczny, zdrowotna, PIT). Nie uwzględniają VAT ani kosztów prowadzenia działalności (telefon, paliwo, księgowość, narzędzia, materiały). To właśnie dlatego w prawdziwym życiu kwoty „na życie” bywają jeszcze niższe.
To jest ten poziom, na którym po daninach zostaje kwota, z której trzeba jeszcze opłacić życie i często koszty funkcjonowania firmy. Właśnie tu zaczyna się dokładanie do biznesu.
Faktura 10 000 zł nie oznacza automatycznie dochodu 10 000 zł. Dlatego są dwa warianty: kiedy 10 000 zł to dochód oraz kiedy 10 000 zł to przychód, a koszty „zjadają” część sprzedaży.
To właśnie dlatego mikrofirmy mówią, że nie przegrywają z rynkiem, tylko z miesięcznym minimum, które nie zna słowa „pauza”.
Ten system nie selekcjonuje firm według jakości. Selekcjonuje według odporności na brak płynności i posiadania bufora. Wygrywają ci, którzy mają kapitał, stabilną sprzedaż, wysokie marże i poduszkę finansową. Przegrywają ci, którzy są dobrzy, ale działają w branżach sezonowych, projektowych, o cienkich marżach, bez zaplecza.
W miesiącu dobrym państwo bierze swoje. To jeszcze da się przeżyć. W miesiącu słabym państwo też bierze swoje. I to właśnie wtedy mikrofirmy umierają.