
W usługach B2B reklamacja rzadko zaczyna się od „macie wadę”. Częściej zaczyna się od zdania: „to nie działa tak, jak myśleliśmy” albo „klient po naszej stronie mówi, że to nie to”. Jeśli nie masz ustalonej procedury, każda taka sytuacja staje się negocjacją od zera: co jest błędem, co jest zmianą zakresu, ile poprawek jest w cenie i kiedy to w ogóle było zaakceptowane.
Dobra procedura reklamacyjna w mikrofirmie nie ma być paragrafem straszącym klienta. Ma być zestawem prostych reguł, które działają, gdy emocje rosną. Wtedy obie strony wracają do zasad, a nie do „kto ma rację”.
W praktyce spory biorą się z mieszania pojęć. Dlatego już w ofercie i umowie warto mieć robocze definicje:
To rozdzielenie jest kluczowe: wadę poprawiasz w ramach odpowiedzialności. Poprawkę realizujesz w ramach ustalonej liczby rund. Zmianę wyceniasz oddzielnie.
Nawet jeśli masz odbiór, w usługach często wychodzą drobiazgi „po drodze”: klient dopiero po tygodniu zauważa jakiś szczegół, testuje w innym środowisku, zmienia się kontekst. Żeby nie wchodzić w spór po miesiącu, warto ustalić w warunkach współpracy okno na zgłoszenia usterek: ile dni po odbiorze przyjmujesz zgłoszenia dotyczące niezgodności z ustaleniami. Nie chodzi o to, żeby „ucinać ręce”. Chodzi o to, żeby zakończyć projekt i nie mieć go wiecznie w tle.
W praktyce mikrofirmy dobrze działa zasada: zgłoszenia wad przyjmujesz w określonym czasie po odbiorze, a później to już jest osobne zlecenie lub płatne wsparcie. Jeśli klient chce stałą opiekę, oferujesz to jako abonament/retainer.
Większość „reklamacji” jest nieobsługiwana, bo jest nieczytelna. Klient pisze: „nie działa”, „coś jest nie tak”, „to się sypie”. A Ty musisz zgadywać. Dlatego w swojej procedurze reklamacyjnej opisz minimalne wymagania zgłoszenia. Bez tego będziesz tracić czas na wymianę wiadomości, zanim w ogóle dotkniesz problemu.
Minimalny standard zgłoszenia powinien zawierać:
To nie jest „utrudnianie”. To warunek, żeby w ogóle dało się zdiagnozować sprawę bez wróżenia z fusów.
W usługach B2B konflikt często dotyczy tempa: klient chce „na już”, Ty masz kolejkę. Dlatego warto z góry opisać czasy reakcji i tryb pracy. Najprościej: określić, w jakich godzinach przyjmujesz zgłoszenia, w jakim czasie odpowiadasz i jak klasyfikujesz priorytety.
Nie musisz budować korporacyjnego SLA, ale prosta skala pomaga:
Do tego dopisz regułę: tryb ekspres jest płatny i zależy od dostępności. Wtedy klient wie, że priorytet jest usługą, a nie emocją.
Najlepszym sposobem na spory jest oparcie się o dokument ustaleń: brief, ofertę, protokół odbioru, akceptacje mailowe. Jeśli coś było w ustaleniach, a działa inaczej – to wada. Jeśli czegoś nie było – to zmiana. Jeśli było, ale klient chce inną wersję – to zmiana po akceptacji.
Dlatego w praktyce warto utrzymywać jedno „miejsce prawdy” dla ustaleń. Nie chodzi o narzędzie. Chodzi o to, żeby móc wskazać: „to było zaakceptowane w tej formie”. Bez tego reklamacje stają się grą pamięci.
Najgorsze, co możesz zrobić, to wejść w tryb obronny lub oskarżający. Reklamacja to moment, w którym klient sprawdza, czy współpraca jest bezpieczna. Najlepszy ton jest neutralny i procesowy:
To działa, bo klient widzi, że masz procedurę i nie zamiatasz problemu pod dywan. A Ty nie obiecujesz rzeczy, których nie dowieziesz.
W usługach łatwo wpaść w pułapkę: po wdrożeniu klient traktuje Cię jak dział utrzymania, a Ty nie masz tego w cenie. Najlepiej zadziała jasne rozdzielenie:
To jest uczciwe dla obu stron: klient wie, co ma w pakiecie, a Ty nie pracujesz „na ogonie” bez końca.
Jeśli reklamacje są dla Ciebie koszmarem, zwykle winne są te elementy:
Procedura reklamacyjna w B2B nie musi być długa. Ma być konsekwentna i przewidywalna. Wtedy, gdy pojawia się problem, obie strony poruszają się po znanych zasadach – a to jest najlepszy sposób, żeby wyjść z reklamacji z twarzą i bez strat finansowych.