
Cennik w małej firmie usługowej nie jest ozdobą strony ani „orientacyjną sugestią”. To narzędzie, które ma oszczędzać czas, odsiać niedopasowanych klientów i chronić Twoją marżę, kiedy zaczynają się „drobne prośby” typu: „A można jeszcze jedną poprawkę?”, „A da się na jutro?” albo „To tylko pięć minut”. Dobry cennik nie musi zawierać wszystkich możliwych usług, ale musi jasno definiować: co kupuje klient, co jest w cenie, co jest poza ceną i ile kosztują wyjątki.
Jeśli dziś czujesz, że wyceny są loterią, a rozmowy kończą się targowaniem, to prawie zawsze problem nie leży w samych cenach, tylko w braku reguł: minimalnej stawki, dopłat za ryzyko i pośpiech, oraz granic „wliczonych” prac.
Najważniejszym elementem cennika jest kwota, poniżej której nie schodzisz nigdy. To Twoja cena za samo uruchomienie procesu: komunikację, analizę, przygotowanie materiałów, zarządzanie zadaniem, fakturowanie, poprawki i ryzyko. W mikrofirmach minimum cenowe działa jak filtr: klient, który chce „prawie za darmo”, odpadnie szybciej i bez emocji, bo nie negocjuje się z prawami fizyki.
Minimum cenowe możesz zbudować prosto: policz, ile realnie kosztuje godzina Twojej pracy (z narzutem na podatki, ZUS, niepłatny marketing, urlopy, choroby), a potem ustal minimalną liczbę godzin, które musi „unieść” każde zlecenie. W praktyce bardzo często wychodzi to jako stała opłata startowa albo „pakiet wejściowy”.
Klient kupuje rezultat, ale Twoje koszty wynikają z warunków: terminu, jakości materiałów wejściowych, liczby osób decyzyjnych, liczby rund poprawek i sposobu akceptacji. Dlatego cennik, który się broni, powinien mieć dwie warstwy:
Ta druga warstwa to „antidotum” na chaos. Dzięki niej, gdy klient dokłada kolejne elementy, nie wymyślasz ceny w stresie, tylko odwołujesz się do reguły: „to jest poza zakresem, dopłata jest taka”.
Dopłaty nie są karą. To sposób na wycenę ryzyka i kosztu alternatywnego. Jeżeli robisz coś szybciej, to zazwyczaj rezygnujesz z innych prac, przesuwasz kolejkę albo pracujesz w mniej komfortowych godzinach. Jeśli bierzesz „niepewne” materiały, rośnie liczba iteracji. Jeśli jest pięciu decydentów, rośnie liczba sprzecznych uwag. To wszystko kosztuje i powinno mieć prostą taryfę.
W praktyce najlepiej działają dopłaty zrozumiałe „z brzucha”, bez skomplikowanych wzorów:
Klucz: dopłaty muszą być widoczne przed startem. Jeśli ujawniasz je dopiero po fakcie, klient czuje się zaskoczony. Jeżeli są wpisane w cennik i w ofertę, stają się normalną częścią zasad.
Najczęstsza pułapka w usługach to poprawki bez końca. Żeby to uciąć bez konfliktów, nie wystarczy napisać „2 poprawki w cenie”, bo klient nie wie, co to znaczy. Zamiast tego opisz poprawki językiem, który eliminuje interpretacje.
Przykład reguły, która jest czytelna: „W cenie są dwie rundy poprawek zbiorczych po oddaniu pierwszej wersji. Poprawki muszą być zebrane w jednym miejscu i zatwierdzone przez jedną osobę decyzyjną. Zmiana założeń (np. inny kierunek, inna grupa docelowa, inny format) jest zmianą zakresu i jest wyceniana osobno.”
To nie jest „twardość dla twardości”. To sposób, by klient wiedział, jak współpracować, a Ty nie utknął w pętli mikro-uwag od pięciu osób.
Pakiety (np. Basic/Standard/Pro) są świetne, bo przenoszą rozmowę z „czy taniej?” na „który wariant?”. Działają szczególnie dobrze, gdy klient sam jeszcze nie wie, czego potrzebuje. Pakiety powinny różnić się nie ozdobnikami, tylko realnymi dźwigniami kosztu:
Uważaj tylko na jedną rzecz: pakiet nie może być koszykiem „wszystko, co klient wymyśli”. W każdym wariancie potrzebujesz jasnego limitu: liczby godzin, liczby elementów, liczby iteracji albo konkretnych punktów zakresu. Wtedy pakiety są skalowalne, a nie „sprzedażą obietnic”.
Cennik, który zachęca do targowania, zwykle ma trzy błędy: zbyt ogólne opisy, brak granic i brak warunków. Zamiast pisać „cena zależy od złożoności”, pokaż, od czego ta złożoność zależy i jakie są progi. Zamiast „od 500 zł”, napisz, co realnie jest w tej cenie i co powoduje wzrost ceny.
Dobrą praktyką jest zapis „cena od” tylko wtedy, gdy od razu podajesz widełki oraz kryteria: „od X do Y, zależnie od liczby elementów i terminu”. Klient nie potrzebuje matematyki, tylko poczucia, że cena ma logikę.
Jeśli masz reguły, pozostaje je spokojnie komunikować. W rozmowach pomagają krótkie, neutralne formuły, bez tłumaczenia się:
To działa, bo nie atakujesz klienta i nie oceniasz jego próśb. Po prostu opisujesz zasady jak regulamin parkingu: są po coś i obowiązują wszystkich.
W mikrofirmie ceny powinny rosnąć częściej, niż większość osób ma odwagę przyznać. Jeśli masz pełny kalendarz, odpowiadasz wolniej, a i tak klienci biorą, to sygnał, że cena jest za niska względem popytu. Jeśli notorycznie „nie wyrabiasz” w czasie, to często nie problem organizacji, tylko zbyt tanio sprzedanej pracy.
Podnosząc ceny, nie musisz robić rewolucji. Najbezpieczniejsze są małe kroki: aktualizacja minimum cenowego, dopłaty za ekspres, lub podniesienie ceny w wyższym pakiecie. Stałym klientom możesz zostawić warunki przez określony czas, ale nowi powinni wchodzić na nowy cennik od razu.
Na koniec lista pułapek, które rozwalają nawet dobre stawki:
Cennik, który się broni, nie musi być długi. Ma być jednoznaczny. Kiedy klient widzi, że Twoje ceny wynikają z reguł i doświadczenia, negocjacje zwykle słabną. A Ty odzyskujesz przewidywalność: w czasie, w kosztach i w tym, ile pracy realnie bierzesz na siebie.