
W małej firmie niemal każdy projekt dotyka cudzej własności intelektualnej: zdjęć i ilustracji ze stocków, fontów kupionych w foundry lub pobranych z otwartych bibliotek, a także komponentów open-source z repozytoriów. Te „klocki” przyspieszają pracę i obniżają koszty, ale tylko wtedy, gdy rozumiesz ich licencje i potrafisz udokumentować zgodność. Ten przewodnik tłumaczy różnice między licencjami, najczęstsze pułapki oraz minimalne procedury, które warto wprowadzić, aby spać spokojnie podczas audytu klienta lub rebrandingu.
Większość zasobów cyfrowych kupujesz nie jako rzecz, ale jako prawo do użycia na określonych warunkach. To właśnie licencja. Jej treść decyduje o tym, gdzie i jak możesz korzystać z plików (online/offline, druk/aplikacja), czy wolno je modyfikować, czy można je sublicencjonować kontraktorom oraz ile egzemplarzy/instalacji obejmuje zgoda. W praktyce licencja jest ważniejsza niż faktura: to ona ogranicza ryzyko, określa obowiązki (np. atrybucja) i rozstrzyga spory. Dlatego w każdym projekcie trzymaj nie tylko pliki, ale także kopię licencji oraz zrzut ekranu z warunkami w dniu zakupu/pobrania.
Na stockach spotkasz najczęściej dwie kategorie licencji: royalty-free (stała opłata, szeroki zakres pól eksploatacji, ale konkretne ograniczenia) oraz rights-managed (płatność zależna od sposobu użycia, czasu, nakładu, regionu). Błędem jest traktowanie „royalty-free” jako „bez ograniczeń”. Często obowiązują limity nakładu w druku, zakaz użyć w logotypach i znakach towarowych, zakaz towaru do odsprzedaży (merch) w podstawowej licencji oraz konieczność wykupienia rozszerzenia przy dużym zasięgu kampanii. Pamiętaj także o rozróżnieniu „commercial” vs „editorial only”: zdjęcia z wydarzeń, celebrytów czy znaków towarowych mogą być dozwolone wyłącznie w publikacjach informacyjnych, nie w reklamie.
Druga oś ryzyka to zgody: model release (wizerunek osoby) i property release (własność rozpoznawalna, np. prywatne wnętrza, dzieła sztuki). Releasy zwykle przechowuje stock, ale to Ty odpowiadasz za zgodność użycia z ich zakresem. Jeśli zmieniasz kontekst na kontrowersyjny (np. choroba, polityka), nawet przy zgodzie może być potrzebna większa ostrożność lub dodatkowa licencja.
Materiały na licencjach Creative Commons mają precyzyjne warunki: atrybucję (BY), zakaz komercjalizacji (NC), zakaz tworzenia utworów zależnych (ND) lub wymóg udostępniania na tej samej licencji (SA). W biznesie najczęściej odpadają warianty z klauzulą NC (bo użycie firmowe jest komercyjne) oraz ND (utrudnia modyfikacje). Z kolei popularne serwisy „free stock” mają własne, krótkie licencje, często sprzeczne z praktyką: brak wymaganej atrybucji, rozmyte pojęcie „komercyjności”, zakaz wykorzystania w logotypach czy sprzedaży wzorów. Zawsze czytaj licencję na stronie źródłowej i archiwizuj jej brzmienie z datą pobrania.
Font to oprogramowanie (plik), a nie grafika. Foundry oraz platformy udzielają licencji dla konkretnych zastosowań. Najczęstsze modele to: Desktop (instalacja na stacjach roboczych – projektowanie do druku), Webfont (wgranie do serwera i użycie przez @font-face z limitem odsłon miesięcznych), App/e-book (wbudowanie w aplikację lub publikację), Server/Cloud (renderowanie na serwerze w generowanych grafikach/PDF). Część licencji limituje liczbę użytkowników/instalacji, domen, aplikacji lub miesięcznych „page views”. Wiele licencji zakazuje użycia w logotypach, chyba że zapis stanowi inaczej – bo znak towarowy to odrębna eksploatacja. Fonty z bibliotek open-source (np. z Google Fonts na licencji OFL) zwykle pozwalają na szerokie użycie z wymogiem zachowania plików licencyjnych i nazw, ale również mają zasady dotyczące modyfikacji i dystrybucji.
Najczęstsze błędy w MŚP to: udostępnianie plików fontu klientowi lub podwykonawcy bez prawa sublicencji, brak wykupionej licencji webfont przy samodzielnym hostingu, osadzanie fontu w PDF/APP bez pokrycia w licencji, a także „rozlanie” fontu firmowego na prywatne komputery członków zespołu bez kontroli liczby instalacji.
Biblioteki i komponenty open-source ułatwiają budowę stron i aplikacji, ale każda licencja ma swoje obowiązki. Licencje permisywne (MIT, BSD, Apache 2.0) zwykle wymagają zachowania informacji o prawach autorskich i pliku licencji, czasem również klauzuli patentowej (Apache 2.0). Licencje copyleft (GPL, AGPL, LGPL) nakładają obowiązek udostępnienia kodu pochodnego na tej samej licencji w razie dystrybucji – przy AGPL dotyczy to także udostępnienia oprogramowania do użytku zdalnego (SaaS). MPL ma charakter „pliku” – modyfikowane pliki pozostają na MPL, reszta projektu może być inna.
W praktyce biznesowej krytyczne jest rozróżnienie „wewnętrznego użycia” od „dystrybucji” (np. sprzedaż binariów, udostępnianie aplikacji klientowi na jego serwery). Z punktu widzenia ryzyka istotne są także biblioteki transitive (zależności zależności): to, że paczka npm/pyPI ma MIT, nie znaczy, że wszystkie jej zależności mają MIT. Dlatego trzymaj listę komponentów (SBOM) i zrzuty ich licencji z momentu wdrożenia.
Kiedy projektujesz zdalnie lub „zrzucasz” część pracy na freelancera, pamiętaj, że płatność faktury nie przenosi automatycznie praw autorskich. W umowie z podwykonawcą zapewnij: przeniesienie autorskich praw majątkowych do materiałów tworzonych dla Ciebie lub udzielenie licencji wyłącznej, gwarancję oryginalności i poszanowania licencji stron trzecich, a także zobowiązanie do dostarczenia listy użytych zasobów (stock, fonty, biblioteki) wraz z kopiami licencji. Dodaj klauzulę o braku wykorzystania zasobów z ograniczeniami, które kolidowałyby z komercyjnym użyciem (np. CC-BY-NC) oraz o zakazie użycia „generatywów” z niejasnym statusem prawnym bez Twojej zgody.
Część licencji wymaga atrybucji (np. CC-BY, autor i źródło; Apache 2.0 – plik NOTICE). W materiałach drukowanych atrybucję umieść w stopce lub na stronie redakcyjnej. W WWW – w stopce serwisu, w repozytorium lub w dedykowanej podstronie „Credits/Third-party notices”. W aplikacjach – w ekranie „About/Licenses”. Niezależnie od tego na wewnętrzny użytek przechowuj paczkę „compliance”: kopie licencji, pliki NOTICE, listę autorów i wersji. To przydaje się przy sprzedaży firmy, zmianie właściciela produktu lub due diligence klienta korporacyjnego.
Nie potrzebujesz wielkiej machiny prawniczej. Wystarczy pięć prostych elementów:
W wycenie projektu wskaż, które elementy są objęte licencjami stron trzecich i jakie to generuje koszty jednorazowe/cykliczne (np. webfont rozliczany per odsłony). W umowie zapisz, kto jest licencjobiorcą końcowym (Ty czy klient), kto płaci za odnowienia oraz gdzie trafia dokumentacja licencyjna po zakończeniu projektu. W dużych organizacjach klient może wymagać standardu OpenChain lub listy third-party notices – warto mieć je gotowe.
Narzędzia generatywne (obrazy, wideo, kod) mają własne warunki: część dostawców udziela pełnych praw do wygenerowanych wyników, część zastrzega ograniczenia (np. wrażliwe kategorie, znaki towarowe, twarze). Z punktu widzenia ryzyka komercyjnego unikaj mieszania zasobów: nie wrzucaj cudzych zdjęć dziecka/klienta do narzędzi z niejasnym regulaminem, nie generuj logotypów na bazie cudzych znaków i nie łącz outputów AI z zasobami, które mają restrykcyjne licencje. Zapisz w polityce firmy, kiedy i jak wolno używać generatywów oraz jak archiwizować ich warunki licencyjne.
Porządek w licencjach to nie „papierologia”, tylko tarcza przed kosztownymi poprawkami i sporami. Zadbaj o trzy rzeczy: (1) świadomy wybór licencji do kontekstu użycia (stock, font, OSS), (2) dokumentację (kopie licencji i releasów, SBOM, NOTICE) oraz (3) proste zasady dla zespołu i podwykonawców. Dzięki temu wykorzystujesz „klocki” cudzej twórczości i kodu zgodnie z prawem – i bez nerwów, gdy klient poprosi o audyt.